Menu

Mały móżdżek

O problemach w życiu.

Jak mi smutno, jak mi źle; weź banana, udław się!

fotograftrolli

Ej, weź się! Ogarnij dupę, nie będę wysłuchiwać twoich zażaleń, bo grubo przesadzasz! Ruszyłbyś się z wyra i czymś zajął, to by ci przeszło od razu. W dupie się przewraca od dobrobytu, biedy nie zaznał nigdy, a marudzi...

Znajome? Ja myślę. Bardzo często słyszy się tego typu wypowiedzi pod czyimś adresem. Mamy wtedy od razy gotową wizję adresata - leń; przewrażliwione chuchro tarzające się w luksusie, niedojrzały gamoń trzymany pod kloszem. Osobnik, który dużo płacze, wręcz wyje i całemu światu opowiada o swoim nieszczęściu.

Podobny wizerunek promuje amerykańskie kino. Tam głębokość depresji jest ściśle skorelowana z długością zarostu u mężczyzn a ilością flaszek po winie w polu widzenia u kobiet. Tak, mówię o depresji.

Już was słyszę. Nawet nie musicie otwierać ust. Znów to samo, usprawiedliwianie pierdołowatości wydumaną chorobą, która pewnie nawet nie istnieje...

STOP.

Ani słowa więcej.

Bo przypierdolę.

Zacznijmy od tego, że depresja powoduje konkretne zmiany w funkcjonowaniu OUN, możliwe do wykrycia. Sorry, musiałem zrobić wstęp. Nie rozumiesz? To się doucz.

Depresja to nie jest smutek. Ani długi smutek. Ani nawet bardzo długi. Smutek to efekt uboczny procesu głównego. Wyobraźcie sobie, że gdzieś w waszych mózgach jest dziura, przez którą wypada zadowolenie i radość. Jesz lody? Pfff, nic szczególnego. Kino? E tam, znowu jakiś amator popcornu usiądzie tuż koło nas... Znajomi? Nie wiem, kiedyś ich żarty były zabawniejsze. Uwierz mi, chciałabym, ale... może innym razem? Bo teraz jakoś mnie to nie chwyta...

Potraficie wyobrazić sobie życie ze śladową zdolnością do odczuwania szczęścia?

A teraz wyobraźcie sobie, że się tego wstydzicie.

Chorzy na depresję się wstydzą. Starają się ukrywać przed światem, że mają depresję, nawet, jeśli nie wiedzą, że mają. Codziennie uśmiechają się, rozmawiają, żartują i wynajdują wymówki, żeby nie musieć wyjść na miasto, spędzić z ludźmi więcej czasu. Codzienne utrzymywanie uśmiechniętej maski jest męczące. Boją się, że jeśli będą musieli zbyt długo się do tego zmuszać, nie dadzą rady, maska opadnie, a ich najbardziej wstydliwy sekret ujrzy światło dzienne. Nie, oni wolą schować się w bezpiecznym miejscu, gdzie nie muszą udawać. Gdzie nikt ich nie zobaczy i nie osądzi.

I nie, nie wystarczy "po prostu się ruszyć". "Po prostu ruszenie się" i tak nie sprawia przyjemności, nie przynosi ulgi. A skoro ma się wybór pomiędzy byciem smutnym i zmęczonym, a po prostu smutnym - to po co się męczyć?

Czasami to wszystko prowadzi do samobójstwa. I jeśli teraz usłyszę, że samobójcy to tchórze - przypierdolę, ostrzegam. Zastanówcie się, jak bardzo musi być zmienione funkcjonowanie mózgu, żeby sprzeciwić się podstawowemu instynktowi, instynktowi przetrwania? Tchórzostwo nie jest w  stanie do tego doprowadzić. Potraficie sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy każdy dzień oskarża? Kiedy nie wiemy, po co istniejemy? To brzmi bardzo melodramatycznie, owszem. Prościej więc zapytać: po co? I to pytanie codziennie zadają sobie tysiące osób. Po co? Wstać, pracować, rozmawiać, umyć się, nawet zjeść... Przecież nic to nie daje. A potem można dojść do wniosku, że się przeszkadza. Straszy swoją smutną gębą i tylko produkuje śmieci.

Jest taki filmik porównujący depresję do czarnego psa, który wciąż rośnie i śledzi nas wszędzie. Bardzo akuratny. Nie zobaczysz, twoja strata. Ale nie mów później, że nikt ci nie tłumaczył. I nie spróbuj znowu powiedzieć "ogarnij tę leniwą dupę". Bo przypierdolę.

 blackdog2

© Mały móżdżek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci